Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ale dlaczego?
— Bo nie chcą być prawosławnymi! Rozumiecie, nie chcą!
— Znaczy, uporstwujuszcze, co?
— A tak! Czorty nie ludzie. Ale ja ich zmiękczę, że będą jak masło, no...
— Spróbować można. Do protokółu ich przypędzili, co?
— Tak, ja z nimi pogadam serdeczno, poproszę! — buchnął śmiechem.
— To z parafii ojca Mikołaja Piotrowicza?
— Właśnie czekam na niego, on mi pomoże.
Rozmowa się urwała, bo przyszła służąca prosić na obiad.
Naczelnik pożegnał przyjaciela, przeciągnął spracowane kości i poszedł do mieszkania na pierwsze piętro, ale jeszcze z korytarza spojrzał w podwórze; deszcz lał jak z cebra, żołnierze chronili się pod ścianami, a chłopi przemokli już do nitki, stali spokojnie, kolebiąc się tylko niekiedy.
W jasnej, ciepłej jadalni, pełnej kwiatów, było kilka osób; pani naczelnikowa, dorosła córka, dwaj studenci w krótkich mundurach i ojciec Mikołaj Piotrowicz, chudy, wysoki, z długą, siwą brodą i rzadkimi włosami. Karafka z wódką poszła z rąk do rąk. Obiad płynął wesoło wśród rozmów i śmiechów. Studenci opowiadali jakieś pieprzne kawały, aż panna się rumieniła, mama odwracała twarz, a naczelnik z ojcem Mikołajem trzęśli się od śmiechu.