Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/98

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nazajutrz, nim się dzień zrobił, Antkowie wstali. Pierwszą myślą jego było — iść zobaczyć, co się ze starym dzieje.
Poszedł, ale drzwi do chlewa nie mógł otworzyć. Trup, leżąc wpoprzek, zapierał je od środka, jak kłoda; z wysiłkiem otworzył na tyle, aby się wśliznąć do wnętrza, ale natychmiast cofnął się, trwogą przejęty. Nie wiedział, jak i kiedy przebiegł podwórko i pomieszany, nieprzytomny ze strachu, wpadł do domu. Nie pojmował, co się z nim dzieje, dygotał cały jak w febrze, stanął przy drzwiach bez słowa, dysząc ciężko.
Antkowa mówiła właśnie pacierz z Magdą. Odwróciła głowę do męża z zapytaniem w oczach.
— Bądź wola — mówiła machinalnie.
— wola..
— Twoja...
— Twoja... — powtarzała jak echo dziewczyna klęcząc.
— No, nie żyje? — rzuciła zapytanie milczącemu.
— jako w niebie... — ciągnęła dalej.
— jako w niebie...
— Juści, że nie, lezy w poprzyk, pode drzwiami — odpowiedział cicho.
— tak i na ziemi.
— tak i na ziemi.
— Ale przecie lezyć tam nimoże, ludzieby pedzieli, żeśwa go z umysłu zmrozili, jesceby...
— Co z nim zrobis?
— A bo jo wim! trza cosik... choćby go przeniesić?...