Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/92

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mocno, niosąc, a raczej wlokąc, bo mała przewróciła się przez próg, puszczając w śnieg nogi, gdzie żłobiły dwie długie brózdy.
Zimno przejmujące musiało go otrzeźwić, bo już na podwórku zaczął jęczeć i szeptać urywanie:
— Ju-li-sia... lo-bo-ga... I...
— Krzyc, krzyc, choćbyś się ozdar, i tak nie przyńdzie.
Przeciągnęła go przez podwórze i, otworzywszy nogą drzwi do chlewa, wciągnęła go tam i rzuciła za progiem pod ścianę.
Maciora z prosiętami tam zamknięta z chrząkaniem podniosła się do wchodzącej.
— Malusie! malu, malu, malu:
Świnie wyszły. Zatrzasnęła drzwi, ale zaraz wróciła się do chlewa, rozgarnęła staremu koszulę na piersiach i, zerwawszy zeń duży szkaplerz, zabrała go.
— Zdychoj, zapowietrzony!
Odepchnęła trepem nogę, leżącą wpoprzek, i wyszła.
Z sieni już wychyliła się, wołając:
— Malusie! malu, malu, malu!
Świnie z kwikiem przypadły do niej — przyniosła im miarkę kartofli i rozsypała. Maciora chciwie zabrała się do żarcia, a prosięta, wspinając się, wyciągały z wysiłkiem blado-różowe ryjki do piersi i ssały tłukąc i targając wymiona łbami.
Antkowa zapaliła małą lampkę nad kominem i odwróciwszy się plecami do okna, rozerwała szkaplerz. Oczy jej zajaśniały niezwykle, gdy wyjrzało z niego banknotów kilka i dwie czterdziestówki.