Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/86

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zamkniętych. Mała chlipała pod piecem, rozcierając sobie pięściami nos i oczy.
— Ociec, wstania, póki mówię po dobroci!
Chory milczał, głowa przekręciła mu się w bok i charczał coraz ciężej. Niewiele pozostawało mu do życia.
— Wstańta, co to, tu u mnie chceta zdychać? Niedoczekanie wase. Do Juliny idź, stary psie, ty! Daliśta i grunt, to niech wos trzymo... No, póki prose...
— O Jezusiecku! O Mario!...
— Twarz zroszoną potem męki kurcz mu wykrzywiał. Córka naraz gwałtownym ruchem ściągnęła z niego pierzynę, potem podjąwszy w pasie, rzuciła go w połowie na ziemię, bo tylko głową i plecami leżał na łóżku, jak drewno bezwładny i jak drewno sztywny i wyschnięty.
— Ksindza! Ojca! — wyszeptał poprzez rzężenie.
— Dom ja warma ksindza, dom! — W chliwie ano zdychać, ukrzywdzicielu, jak pies — i wzięła go silnie pod pachy, ale w tej chwili puściła i spiesznie całego przyrzuciła pierzyną, bo cień jakiś mignął przez okno. Ktoś szedł do chałupy.
Zdążyła zaledwie nogi starego wrzucić do łóżka. Posiniała ze złości i z pasją otrzepywała pierzynę, ogarniając łóżko.
Weszła Dyziakowa.
— Niech będzie pochwalony.
— Na wieki! — mruknęła patrząc spode łba na przybyłą.
— Witojta, jak się mota? zdrowiśta?...