Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/240

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ba? a, w porządku? to dobrze, mój chłopcze, dobrze. Wyczyść-no mi buty i daj jeść moim smykom! — co?
Pan Pliszka z przyjemnością czyścił kapitanowe buty i karmił ptaki, które krzykiem i świegotem zapełniały pokój, bo ich było kilkanaście klatek, porozwieszanych po ścianach.
— Ożeniłeś się, chłopcze, co? — pytał kapitan, skrobiąc twarz brzytwą.
— Nie, pokornie melduję.
— Co? a, nie, dobrze, bo w pochodzie baby na nic, rozumiesz?
— Rozumiem! — odrzekł krótko, salutując.
— Co? a, rozumiesz, dobrze.
Zaczął gwizdać pan kapitan, ostrząc na pasku brzytwę, odpowiedziały mu zaraz chóralnie ptaki, i powstał taki pisk, że aż Kruczek zaszczekał w sieni.
— Psiakrew! — zaklął pan Pliszka przez zaciśnięte zęby.
— Co?... — zawołał prędko kapitan, odwracając się do niego.
— Powiedziałem: psiakrew, panie kapitanie.
— Co! a, psiakrew!
Pan kapitan popatrzył w okno, splunął i zaczął się myć.
— Gorzałki się napijesz? Hej! Magdusia, a dajno gorzałki!
Weszła zaraz Magdusia, baba, jak stóg siana, a ciężka, jak furgon artyleryjski, bo aż się podłoga uginała pod nią, odmierzyła z flaszki potężny kielich gorzałki i postawiła przed panem Pliszką...