Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/230

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z dołu na czwarte, z wózkami pełnymi mokrego towaru.
— Jedziesz, Adam!
— Pojadę. Nie widziałem już ojców od kopania.
— To w sobotę na noc, co?
— A tak, dwa dni świąt.
— Już krzyża ani rąk nie czuję od tej piekielnej roboty.
— A mnie tak jakoś w piersiach boli.
— To Zielone Świątki, co?
— Juści, nie wiesz to?
— A w tej fabryce to się już człowiekowi we łbie przewraca.
— Gdzie się wybierasz? — zapytał prędko pan Pliszka.
— Do domu na święta.
— Daleko?
— I, nie... Koleją do Łukowa, a tam będzie z milkę piechotą.
— Łuków... Łuków... tam, gdzie jest Szlachecka Wola!
— To w naszej parafii, o miedzę od naszej wsi...
— To wy z której wsi?
— A z Mszawy Górnej.
— A... z szosy zaraz na lewo... tak... — przypominał sobie pan Pliszka.
Wysiedli zaraz, przez dzień jeździli jeszcze po kilka razy windą, ale pan Pliszka już ich nie pytał, przypatrywał się uważnie i milczał.
— Szlachecka Wola! Moja wieś! moja!... — Poł-