Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/214

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Rozwidniło się zupełnie, i słońce już rozkrwawiało świat blaskami, gdy siedli na sanki i pojechali do domu.
Cisza była na świecie, i szron tak obsiadł wszystko, jakby kto drzewa obsypał kłaczkami wełny. Słońce wzeszło, i świat stanął w złocie i w purpurze, i w takich barwach, jakby kto tęczę rozsnuł po świecie; tak się cudnie lśniły śniegi, szrony, drzewa, niebo, tak jasno, czysto i rzeźwo było, że aż konie rżały i buchały nozdrzami kłęby pary.
Kubicki i Marcysia siedzieli razem, a Wawrzon przy koniach.
— Chcesz mnie, co? — zapytał, obejmując ją prawą ręką.
Przycisnęła się do niego silnie i szepnęła cicho:
— Mój... mój... Stachno! — i ukryła twarz, rozczerwienioną własną śmiałością.
Sanie tylko świstały płozami po wytartej drodze i zamiatały rzetelnie, a jemu aż się chciało stanąć w saniach i krzyczeć z uciechy, ale ją tylko mocniej przycisnął do siebie i szeptał:
— Marcycho! Marcycho!...
— Stachno!... loboga... — szeptała, dygocząc ze wzruszenia.
— Wawrzon! — zawołał głośno Kubicki.
— Hę? Wio małe, wio! — i świstał batem.
— Wawrzon, dacie mi Marcysię, co?
— Trrp!... Wio, małe, wio! — sypnął koniom po parę batów, że wyrywały, jak szalone, i nic nie odrzekł, bo był jak ogłuszony pytaniem.