Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jeszcześmy, za poradą dobrodzieja, postanowili, co aby ci lżej było przezimować, to do wiosny Józwę wezmę ja, Marysię — Kłąb, Jagusię — Gulbas, a Ankę — Boryna, dziewuchom się u nas żadna krzywda nie stanie, a ty sam prędzej się zapomożesz. Jagustynka powiedzieli, że się do ciebie sprowadzą, jako żebyś warzę miał i dogląd kobiecy.
— Zostanę u ciebie, Tomek, sierotą też jestem, nie objem cię, sama coś niecoś zarobie, a zawżdy mi pod chłopską opieką będzie lepiej.
— Laboga! ludzie, ady od tej waszej dobrości to mam w sercu jako wiosnę.
— Sfamuliłeś się ty z biedą, że cię potrzeba od niej przez moc odrywać.
— Z czyjego woza, to zsiadaj choćby i na pół morza.
Ora pro nobis Domine ament — zakończył kościelny, wyjął z kieszeni flaszkę z wódką, chrząknął, nalał w kieliszek i zaczął:
— Gospodarze, jako na ten przykład, mówi Pismo święte: Ave marysteli deo gratias ament...— i wypił do dna. — Jako jest dobrze kusztyciek gorzałki wypić, coby odegnać te złośliwe humory z wątroby, tak wy, Tomku Baranie, pijcie, a potem zmówmy paciorek na intencyę ś. p. Józefa — i mea culpa, mea maxima culpa ament.
Posiadali, gdzie kto mógł, popijali nieco gorzałką z tej żałośliwości, przegryzali chlebem, pośpiewywali nabożne pieśni za zmarłego i rozeszli się.
Zaraz na drugi dzień poprzychodziły kobiety po dziewczyny.