Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pan dozorca przecież wiedzą, co mi urządzili. Pan dozorca sam...
— Denuncjacja! Zaraz pan naczelnik pozna nasz lud kochany.
— Denuncjanty my z dziada pradziada nie były, to i nie będziemy. Do oczów staje i powiem, jak było — a pietnaście lat strączki, choćby i bez procentów, nie daruję, jako i nie daruję kaucji...
— Nie dostanie składek emerytalnych, bo prawo jest wyraźne.
— Prawo jest to, co sprawiedliwe, a sprawiedliwa, rzecz wygnać niewinowatego!... sprawiedliwa, nie oddać pieniędzy, przez tyle lat z krwawicy odtrącanych! sprawiedliwa!... Do sądu choćby pójdę dochodzić prawa, bo mi się krzywda stała! — wołał Tomek, unosząc się coraz bardziej.
— No, gadaj tu z chamem! Nie znasz instrukcji?
— Znam to, że instrukcje pisali dla siebie, a narodowi prawdę drogo borgują. Oszukiwać, to i parch albo drugi pies potrafi...
— Milczeć, chamie! Cóż ty, psiakrew! mordę tu będziesz rozpuszczać i pyskować? — krzyknął ze szlachecka pan dozorca.
— Ukrzywdzony jestem, to i pyskować będę.
— Złodziej jesteś, bydlaku jeden.
— Ja złodziej! — ty ciarachu zapowietrzony, ja złodziej! — ty frybro! ja! — krzyczał Tomek, zaciskając pięści, i posuwał się bezwiednie naprzód.
— Szwajcar! za drzwi z tym chamem, a jak się nie uspokoi, do policji! Chodźmy, panie naczelniku.