Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i takoż cierpi przez to. Paniczku, prosta baba jestem, ale serce mam, jak ten węgielek, przez ogień spieczone, przez gorzkość, com ją piła całe życie i za siebie i za drugich, i wiem, że djabeł dał życie, aby się ludziska po wiek wieków marnowali po świecie, przez złość do Pana Boga, ale Jezusiczek najukochańszy zlitował się nad nami, przeparł złego i po trochu wybiera se ludzi do swojej chwały — i wybierze kiedyś wszystkich. Ja tylko czekam, aż kostucha przyjdzie i rzeknie: Pódzi!... czekam i pacierz oto mówię, niechby najprędzej oczy przywrzeć, nie mieć już nijakiej turbacji, ni biedy — i odpocząć sobie rzetelnie, odpocząć, paniczku...
Wyprostowała się nad drzemiącym organiściakiem i suchą, przeradloną troskami i starością twarz zwiesiła, a w wybladłych, przepalonych łzami oczach błysnęły jakieś łzy... obtarła je szybko zapaską, westchnęła cicho i zwróciła się do Tomka, siedzącego samotnie na skrzynce, z flaszką w garści.
— Tomek! tobie z oczów coś złego patrzy — szepnęła, dotykając jego ramienia.
— A coby, jak nie bieda? bo to babka nie wiedzą?...
— Słyszałam coś, ale ludzie różnie gadają, że nie wiadomo, kiej wiara, a kiej para.
— Dymisję mi dali — szepnął chłop smutnie.
— Bez co?
I w głosie jej zadźwięczało ogromne współczucie.
— Bez co?... bo trzeba było dawać dozorcy: to gąski pod jesień, to masła na zapusty, prosiaka i jaj-