Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


twarze. Na dwa cale nie było nic widać, prócz niezmiernej, szalejącej masy. Szli jak w obłoku, pełnym chrzęstu groźnego. Przykucnęli sobie trochę, aby nabrać sił.
— Musi być, je gdziesik wisiel, kiej tak dmie.
— Zły? — zapytał cicho Józiek, i strach jakiś przejął go zimnem.
— Bogać ta nie zły, kiej nawidzony przez złygo.
— A kaj un? — zapyta! jeszcze ciszej.
— Kaj? a chuśto se gdzie na postrunecku.
— Wisiel?
— Przecie nie kto drugi. Dynda se na jakim osiku. Jezus, Marya! — krzyknęła i upadła w śnieg, pociągając chłopca za sobą, bo jakaś olbrzymia gałąź porwana wichrem, przeleciała tuż nad ich głowami, niby chmura ogromna.
— Wisiel! Jantka! Wisiel! — krzyczał Józiek w niebogłosy.
— Zdrowaś Marjo! pod Twoje obrune — szeptała dziewczyna, szczękając zębami, przerażona, zmartwiała ze strachu, nie śmiejąc podnieść się.
Upłynęło z dobry pacierz, nim się zwlekli, i poszli, ale to wrażenie, jak czarną plamą utkwiło im na siatkówkach i nękało mózgi zgrozą. Przystawali częściej, żeby przytłumić drżenie, jakie ich targało, i obejrzeć się, bo im się zdawało, że widzą w każdym ciemniejszym punkcie przestrzeni kołyszącego się trupa. Weszli w las i skręcili na tak zwany ducht, przecinający bór ukośnie, bo droga była zawalona śniegiem i nie do przebycia. Pod gałęziami olbrzymów prawie cicho było, śnieg grubą warstwą zaścielał ziemię