Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wypił resztę wódki, poprawił na sobie ubranie zaśpiewał:

Powiedziałeś, że mnie weźmies,
Skoro zytko jarkę zeznies,
A tyś zezon i owiesek,
Teraz chodzis kieby piesek.

Tero se spij, panie gospodarzu — rzekł i wyciągnął się na ławie. — Scepon jezdym, to pon jezdym... — mruczał.
Dzieci wyszły przed sień i stały chwilę skłopotane. Szaro było na świecie i tak mętnie od rozpylonego śniegu, że nie było znać ani dróg, ani drzew, ani domów — wszystkie kontury zlewały się w jeden bezkształtny wir śniegów, pełen świstów, szumów i chrzęstu. Wiatr kręcił się w kółko i coraz to brał tumany całe śniegu i roztrzepywał go w pyłki nad ziemią, jak kiedy młynarz wytrzepuje pytle z mąki. Słychać było tylko świsty przeciągłe wichru, i smutny, rozległy skrzyp drzew przydrożnych, i jakieś głuche warczenie w przestrzeniach. Dzieci szły prędko zaledwie odczutemi śladami drogi ku lasowi. Antka raz po raz spoglądała dokoła i coś, jak niepokój, przebłyskiwać zaczęło w jej oczach, chłopak zaś najspokojniej zajadał bułkę i co chwila unosił czapki, żeby spojrzeć.
— Jantka, dadzą mi matula śledzia?
— A dadzą.
— Główkę?
— A główkę.
— Na wąglikach ją se spiekę i zim — dobro tako?