Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Pani, dajta tymu mizeractwu bułecków. Kiej takie dzieciątecka spotkom, to mi się rychtyk wspominają moje serdeczne, co je wypominom podcas wiecór w dobry sposób. Takim sirota psiokrutka, kiej pies dworski.
Urwał, potem ciągnął dalej:
— I babę miałem, i krówsko miołem, i dzieci miołem, a tero, kiej kołek som jezdym... Pochówek sprawiłem jednymu — cystą piłem na frasunek; pochowałem na krosty drugie — cerwuną piłem; trzecie pochowałem — harak piłem, bo me kole serca kiej kolką spirało; baba mi się zmarnowała — som spryt piłem; krowa mi padła na zwiesnę — wszyćko razem piłem, i nic — bolenie furt spiro. Pięciorgo się zmarnowało, pięciorgu gospodarski pochówek zrobiłem i pije se, bo me zmora dusi nocami, i duszycki we spiku przychodzą się żalić — pije sobie... Pijanica jezdeś! Cichoj, bo cie wytne...
I zaczął znowu kłócić się ze sobą.
— No, macie dzieci i idźcie, bo światu ano nie widać, tak kurzy.
Antka okręciła sprawunki w chusteczkę, chłopcu naciągnęła lepiej jeszcze czapkę.
— Panu Bogu oddaje — rzekła, i wyszli.
— Jdźta z Bogiem. No! Szczepanie, bo zamykam karczmę.
— Scepon jezdym, to pon jezdym, — mruczał, zmożony snem i wódką.
— Idźta, zamykam, taki czas, co i pies nie zajrzy.
— Pijta, robaki, pijta... Nie, to nie... Zło bydlakowi marchew, to niech idzie w krzon...