Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Bojoj się, dzieucha, bo cie zim... Zwirza mom w siebie.. zim cie...
— A juści! bo jo to kiełbasa, a wy pies, cobyście me zjedli?...
— Spyrka mintko jezdeś... zim cie...
Potknął się o wystające dyle podłogi i upadł na stół. Chłopak się śmiał rozbawiony, a dziewczyna szepnęła z przekąsem:
— Te chłopy to naród, spijom się, kiej zwierzoki, i sielne majom ucieche...
Karczmarka przyszła, więc dziewczyna wydobyła z pod zapaski ostrożnie węzełek i rzekła, kładąc go na szynkwasie:
Mendel i pińć jajków przyniesłam i za to wezme: śtyry śledzie, gazu kwaterkę i bułecków rządek...
Karczmarka uważnie przeglądała jajka pod światło.
— Hale! zaboczyłam! Matula pedzieli, coby jesce flasuchne asencyi, ty czerwuny, bo chcą ugościć stryjne, co mają jutro przyjechać po mnie.
— Do służby pójdziesz?
— A bogać. Tyle nas gąb w chałupie.
— Czyiście wy?
— A Strzelcowe.
— Tak daleko i przyśliśta na takie zakurki? to bez mała mila i bez las...
— Prowda, karwas drogi i bez las, ale my się z nim znowa. Józiek się tyz nie bojo — i pogładziła chłopaka po ojcowskiej czapce, która mu się aż na nos opuszczała. Chłopak pokraśniał i podnosząc sobie czapki, rzekł poważnie: