Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Noc zimowa, ciężka surowością, szarawa od śniegów, pokrywających puszystą warstwą pola, zapadała, szła wszystkiemi drogami i zewsząd zdawała się wlewać szarość i bezkształt. Wiatr wzmagał się i przechodził w zawieruchę, w śnieżną zamieć. Poświstywał po polach, uderzał w obumarłe szkielety drzew, tarzał się w zaspach, rwał masy suchego śniegu i rzucał je w przestrzeń mroczną — i z porykiwaniem z pomrukiem przeciągłym, szamotał się sam ze sobą. Świat był niby odmęt siny, toczący pianę nocy. Drogi były zasypane i puste; wieś cicha przywarła do boków wzgórza, które, niby kopiec cmentarny, ubrało szczyty swoje w krzyże i czerniało krzakami jałowców. Pustka była i bezludzie — tylko nad tem wszystkiem zawierucha wyła tysiącznemi głosami, przewalała się jak fala, i jak fala biła kłębami rozpylonego śniegu w stare, trzęsące się karczmisko, stojące pomiędzy szarzejącym murem lasów a wsią. Stary, z pozabijanemi w połowie oknami dom trząsł się za każdem uderzeniem, aż małe szybki brzęczały żałośnie, i malutki kaganek, kopcący się nad kominem, przygasał i rozbłyskiwał co chwila migotliwie w ogromnej, czarnej izbie szynkownianej. Druga, podobna lampka tlała za kratami szynkwasu, oblewając żółtawem świa-