Strona:Władysław Stanisław Reymont - Lili.djvu/146

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.
    140
    WŁ. ST. REYMONT

    się, bracie, a przynieś na przekąskę parę szkieł piwa.
    — Zaczekajcie, zaraz przyjdę z paliwem! — zawołał Korniszon, wychodząc z Olkowskim. Powrócił po chwili z wielką żerdzią i zaczął ją toporkiem rąbać.
    — Ja kochanemu proboszczowi nieco płotek rozgradzam, bo za wysoki, mógłby przy przełażeniu podrzeć sobie kapotkę. Ale, psiatwarz, jedną żerdkę na dzień, ani mniej, ani więcej; u mnie wszystko musi być systematycznie.
    Umilkł, nakładając w piec drzewa. Feluś w swojej manszestrowej almawiwie, której nigdy prawie nie zdejmował, siedział, zapatrzony ponuro w ogień, czasem pociągnął się za nos, powie-