Strona:Władysław Stanisław Reymont - Lili.djvu/131

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.
    125
    LILI

    kie »kocham cię« przenika coś niewytłómaczonego, podobnego do głuchej jeszcze obawy, a pełnego udręczenia bolesnego. Mrok cicho się zwiewał z pól zaśnieżonych i okrywał miasto szeroką mgłą, gdy znalazł się na ulicy.
    Miasto cichło i niemiało zwolna, w powietrzu mroźnem czuć było jakiś nastrój uroczysty. Z okien biły radosne światła zapalonych choinek, przez zamarzłe szybki wydzierały się w świat radosne głosy. Nad rzeką zajrzał przez małe, nizko nad ziemią położone okienko, do wnętrza jakiejś izby, na której środku stał stół jasno świetlony i otoczony całą gromadą ludzi, jedzących kolacyę.
    Cofnął się prędko. Uśmiech po-