Strona:Władysław Stanisław Reymont - Legenda.djvu/41

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została uwierzytelniona.


kobiercem, a kamienie ustępowały.
I cud owej godziny spływał na wszystek świat miłosierdziem, szczęściem i przebaczeniem, a kusy zapadł się aż na samo dno piekieł i wył ze złości.
Przygnali owce do zagrody i Jezus, pogłaskawszy Białka, przykazał mu:
„Pilnujże, piesku, owieczek, a czasem przyleć do mnie...”
I wrócił do swojej kapliczki, stojącej nad dworskim ogrodem.
„Jagnięta już masz w zagrodzie!”
wyrzekł do Macieja, klęczącego, jak go był zostawił.
„Pomóż mi wejść! Zabierz swój kożuch!...”
„Niegodnym takiej łaski, Panie! Niegodnym!”
bełkotał głosem szczęścia.
„Ofiarowałeś mi ptaszki, odbiłem ci za to od wilków jagnięta! Jesteśmy na kwit. Nie pij jeno, chłopie, a już ci nic złego się nie przytrafi”
mówił dobrotliwie i, okrywszy się czerwonym płaszczem, włożył na głowę złotą koronę i stanął na dawnem miejscu przy Matce Boskiej.
„A szczygły mi oddaj!”
zaśmiał się, wyciągając ręce.
Maciej chciał je położyć na Jego rękach, ale nim je tam doniósł, Jezus dmuchnął im w dziobki, że ptaki ożyły, zatrzepotały skrzydełkami, a usiadłszy na gałęzi jesionu, zaczęły radośnie świergotać.
„Dobry z ciebie majster, Macieju,”
pochwalił Jezus, przyglądając się szczygłom z upodobaniem.