Strona:Władysław Stanisław Reymont - Legenda.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została uwierzytelniona.


ki, niby przydeptane gadziny.

„Mówcie prawdę!”
„Kusy namówił i owce nam wydał,”
przyznał się stary wilk.
„Wypędzić wszystkie! A niech mi jeszcze kiedy zginie choć jedna z Maciejowych owiec, to wasze plemię co do jednego wytracę.”
„I tak pozdychamy z głodu!”
jęknął stary, oblizując skrwawione wąsy.
Pogroził mu Pan Jezus, bo tłusty był i z mocno wypchanym kałdunem.
„Białek, zaganiaj do domu!”
Pies radośnie oganiał stado, zegnał do kupy, wyrównał w szereg i poprowadził drogami, jakiemi przyszli.
Pan Jezus szedł na ostatku, gdyż wilcy, przedzierając się stronami, wyli pożądliwie ku słabszym jagniętom, nie mogącym nadążyć za kierdelem. A że jedno zwłaszcza zaczynało się chwiać i pokładać, byliby je rozdarli, ale Dzieciątko wzięło je litościwie na ramiona i tak już dalej wędrowali.
Przez góry szli, przez lasy i doliny, przez tę noc ciemną. Księżyc już był zaszedł, że jeno znajdowali drogę przy światłości, jaka biła od świętego Dzieciątka, a kędy przechodzili, tam wszystko oddawało pokłon Panu i cześć — tam drzewa się kłaniały w pas, tam ptactwo spływało z drzew, szczebiocąc i śpiewając na chwałę Pańską, tam potoki cofały swoje wody, by mogli przejść suchą nogą, tam kwiaty i trawy słały się