Strona:Władysław Stanisław Reymont - Legenda.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została uwierzytelniona.


się potężne szczyty, jakoby zaciśnięte pięście, a rozgorzałe w łunach zachodu, niby pochodnie. W cichem, wilgotnem powietrzu dzwoniły jeno potoki, a czasem zadrgał grochot kamieni, toczonych przez wody. Stado wron zerwało mu się z pod nóg, z wrzaskiem spływając w doliny.
„Gdzie? Na zbój!”
zakrzyczał tak potężnie, że stado, jakby rażone gromem, ciężko opadło na ziemię.
Maciej był mocno zgniewany; klął, potykając się o kamienie i głębokie wyboje. Tak go już ponosiło od paru dni, że, nie mogąc wytrzymać w samotności, wybrał się pomiędzy ludzi. Gryzła go bowiem dokuczliwie strata pięciu owiec, które, niewiadomo gdzie, były się zapodziały. Wilcy ich przecież nie porwali, piesekby coś o tem powiedział, więc nic drugiego, tylko jakiś zły człowiek porwał. A jak? Z pola czy z zagrody? I kiedy?
„To jakaś nieczysta sprawa!”
Splunął od uroku za siebie i biegł coraz prędzej, aż trącone nogami kamienie spadały za nim w podskokach.
W jednem miejscu, nad rozstajami dróg, przemienionych po deszczach na wzburzone potoki, spadające pod dworski ogród, stała prawieczna kapliczka. Cztery jesiony, dziady olbrzymie, osłaniały ją rosochatemi konarami od burz i nawałnic. Na słupach głazów wisiał szpiczasty, okrągły dach słomiany, zielony od starości, a pod nim na ławie kamien-