Strona:Władysław Stanisław Reymont - Krosnowa i świat.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Twarz rysowała się ostro na białem tle poduszki, wypogodziła się, odmłodniała, nabierała posągowej sztywności... po policzkach toczyły się jeszcze łzy... ostatnie! Stefan dotknął rąk — bezwładne były, zastygały. Serce bić przestawało.
Majestat śmierci kładł swą pieczęć na ofierze.
Nagle zrozumiał Stefan, że oto zostaje sam! Sam przy rozpoczętej uczcie, sam wobec przemocy życia, nowych cierpień, nowych łez... Sam! Zatrząsł się cały, chciał krzyczeć, lecz głos uwiązł mu w gardle, ręce opadły bezwładne, zgarbił się pod nieubłaganem uderzeniem losu... Spojrzał na umarłego. Szeroko otwarte oczy, jak otchłanie bez dna, patrzyły martwą, szklistą źrenicą i zdawały się prosić o zamknięcie... Wstał, pochylił się nad umarłym, przymknął mu powieki i z jękiem rzucił się na swoje posłanie.
Czuł łzy w mózgu, zapadał w chaos nieświadomości i, jakby pijany bólem, nie-