Strona:Władysław Stanisław Reymont - Krosnowa i świat.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

chwila do okna i wyglądaj, dopóki nie ujrzał w mrokach wieczoru posłańca, biegnącego co tchu ku bramie szpitalnej.
Cichą i ponurą salę chorych słabo oświetlała lampa, zawieszona u sufitu. Wielkie, długie cienie kładły się na łóżkach i na nagich ścianach, poruszały się jak bezkształtne widma, niby gorączkowe majaczenia chorych.
Na poprzecznej ścianie wizerunek jakiegoś świętego ascety, oświetlony oliwną lampką — mdłem, żółtawem światełkiem, chwiejącem się za najlżejszym ruchem powietrza, patrzył obojętnie na długie szeregi powalonych niemocą. Nie było w tym wzroku ani pocieszenia, ani litości. Te martwe, nieubłagane, nieruchome oczy jak Przeznaczenie prześlizgiwały się chłodno po tej ludzkiej nędzy i biegły gdzieś dalej, przed siebie...
Chwilami odzywały się ludzkie szkielety, zaczynali jęczeć, chrapliwe przekleństwa wydzierały się ze ściśniętych bólem piersi, czasem płacz, czasem łkanie, roz-