Strona:Władysław Stanisław Reymont - Krosnowa i świat.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

słodkiej wdzięczności i ramionami, szerokiemi jak świat, chciała objąć wszystko w uścisku. Porywało go bezmierne pragnienie rzucenia się na łono pramatki z wybuchem szczęścia i tęsknem oczekiwaniem, otworzył bezwiednie ramiona i trwał tak wpatrzony przed siebie, cały w potokach światła, z twarzą pobladłą wzruszeniem, z duchem rozmodlonym w świątyni Natury. Cały w uczuciu niepojętej harmonji Cały w szczęściu unicestwienia.
— Błogosławiona bądź, Wiosno — szeptał ściszonym głosem. — Błogosławiona, ciszo przyrody, i wy, nieobjęte przestrzenie, pełne tajemnych poczynań, niezbadanych istnień i nieznanych śmierci. Błogosławiona bądź, Naturo, czy da jesz zniszczenie lub życie.
I ty, matko-Ziemio, usypiająca snem miłości w objęciach nocy i bezmiaru, bądź błogosławiona...
Błogosławiona bądź, Nocy. Piję z oddechu twego siłę, biorę z nimbu twego światło, z twych głębin spokój.