Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


leciała nisko nad ziemią wrona z rozziajanym dziobem, gdzieś w żytnich puszczach zawołała przepiórka, lub furknęły młode kuropatwy.
— Daleko jeszcze mamy do Chełma?
Nie mogłem już znieść milczenia.
— Niedaleko — ocknął się prawdopodobnie. — Zdążymy ze słońcem.
Na szczęście, wjeżdżaliśmy w jakiś las gęsto podszyty, i w rowie zalśniła woda, do której konie same skwapliwie skręciły.
— A możebyśmy przeczekali upał? — proponowałem, ledwie już żywy.
— Dobrze. Konie wytchną, i człowiek rozprostuje gnaty.
Bór nas skrył cieniem i chłodem, z głębin biły wilgotnawe powiewy, przesycone żywicą i słoneczną zgnilizną. Wyciągnąłem się na trawie z rozkoszą. Chłop rzucił koniom siana, usiadł przy mnie, fajkę zapalił i zaczął mówić szeptem, jakby do siebie:
— Tam leżą tacy, którzy nawet po śmierci jeszcze „uporstwują“. Tak, panie — ożywił się nagle i podniósł głos. — Przecież te straszne lata to człowiek musiał się obywać bez chrztów, bez kościoła i bez ślubów, a jak umierał, to i bez chrześcijańskiego pogrzebu. Nie było wolno się nam rodzić, ani umierać. A kto nie chciał iść do grobu w asyście popa i strażników, tego się grzebało pokryjomu, nocami, a często i w niepoświęcanej ziemi, jak zapowietrzonego. Sypały się potem na nas kary, sypały. Człowiek przecież nie mógł przepaść bez śladu, trzeba było zro-