Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Najwięksi urzędnicy obiecali, to może i dadzą...
— Dostaniecie tyle, że wam sam djabeł z pleców nie odbierze. Pamiętacie, jak to brali oporni? — dogadywał Iwan.
Chłop milczał długą chwilę, a wkońcu rzekł najspokojniej:
— A jak nam ziemi nie dadzą, to się wszyscy przepiszemy na katolików.
Oniemiałem ze zdumienia, lecz Iwan zaczął się głośno śmiać.
— Nie mówię na śmiech — zgromił go tamten surowo i ciągnął bardzo poważnie i z przekonaniem: — Ten sam Pan Bóg jest w kościele, co i w cerkwi. Ale w kościele jakoś milej, bo i nabożeństwo ładniejsze, i pośpiewać można, i muzyka gra, i z procesjami chodzą, i ksiądz czasem na kazaniu powie tak prosto do serca, że człowiek się wypłacze, i zaraz mu ulży. Już mi nawet dzieci grożą, że, jak tylko dorosną, to się zaraz przepiszą. Przecież wszystkie dziewczyny i chłopaki z całej wsi co niedziela latają do kościoła. Do cerkwi to ich nawet kijem nie napędzi. Bo jedna wiara powinna być dla wszystkich; a przez to, że jeden dom katolicki, a drugi prawosławny, to po wsiach tylko ciągłe kłótnie, gniewy i obraza boska i zgorszenie. Nawet Żydy się wyśmiewają, że w każdej chałupie innego dnia święto.
— To czemu się nie przepiszecie na katolika? — spytał go Iwan.
— A jakby nam ziemię rozdali?