Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ralnie nie zjawiła się ani jedna; były już w bezpiecznem schronieniu.
— Ale gdzie się podziały? — pytano groźnie, przetrząsając dom po domu.
Chłopi milczeli, niepodobna było wydobyć ani słowa.
— To poczekamy, aż powrócą! — powiedział dowódca, i wojsko rozłożyło się po chałupach.
Dopiero po śladach zrozumiano, gdzie się schroniły; otoczyli więc las patrolami, przecięto komunikację ze wsią i srogo pilnowano, żeby nikt nie wynosił im żywności.
Byli pewni, że rychło je przypędzi głód i zimno.
— Kwoczki podmiękną i wrócą na grzędy! — podkpiwali żołnierze.
Ale przeszedł dzień, dwa, trzy — nie powróciły.
A wieś szarpała się w strasznej trwodze i niepokojach, robota leciała z rąk, poruszali się nieprzytomnie, boć wszystkie oczy wciąż wisiały na chmurze borów, boć wszystkie dusze rozdzierała rozpacz bezsilności, więc tylko płakano z wściekłości, modlono się żarliwie i czekano jakiegoś cudu.
Przeszedł cały dzień i nie powróciła ani jedna.
Bór stał czarny, ogromny, niezgłębiony, a pod jego wyniosłemi ścianami błyskały gęsto najeżone bagnety.
Wiosna tego roku była dziwnie mokra, zimna i wietrzna; codzień szły nieskończone szarugi, codzień wichry z dzikim, rozżartym skowytem spadały na wieś, przewalały się po polach i biły w bory, które szamo-