Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/150

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Strażnik odszedł, i nazajutrz wezwano Koniuszewskiego do gminy.
— Ja Polak i katolik, to i mój syn będzie taki sam! — odpowiadał krótko i twardo.
Posiedział zato parę dni w kozie, dostał parę razy w zęby, ale nie zmiękł.
W jakiś czas później wezwano go do Białej. Siedział w kryminale wraz ze złodziejami przez dwa miesiące i, chociaż próbowano złamać jego upór na różne sposoby, nie ustąpił i dziecka w cerkwi nie ochrzcił. Wrócił tylko z więzienia jakoś srodze opuchły posiniaczony i z powybijanemi zębami. Powiadał potem przed sąsiadami, że zdrzemnął się na wozie i zleciał na twardą grudę drogi...
Spróbowali z nim innej metody: musiał płacić za każdy dzień zwłoki po pięćdziesiąt kopiejek.
Płacił cierpliwie, myśląc, że na tem skończą się jego biedy.
Ale wkrótce podnieśli mu karę na rubla dziennie.
Nie ustąpił, chociaż było mu już strasznie ciężko.
A wkońcu, aby go złamać ostatecznie, nakazali płacić po całe dziesięć złotych.
Darł się do żywego mięsa, odejmował sobie i dzieciom od gęby, a płacił i chłopaka do cerkwi nie zaniósł.
Lecz rychło przyszedł dzień, w którym zabrakło mu nawet na sól.
Kara jednak nieubłaganie narastała; strażnik wisiał nad nimi, jak topór, i co parę dni przychodził po pie-