Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Mój wnuczek! Franuś, chodźże do nas! — Ale Franuś śmignął w inną stronę.
— Niezwyczajny obcych, to się wstydzi. A to moja córka i gospodyni! — wskazał na wysoką kobietę, idącą ze szkopkami ku oborze. — Żona umarła mi już dawno.
Zaprowadził mnie do byczka, stojącego w osobnej zagrodzie.
— Dostałem za niego nagrodę w Lubartowie na wystawie — rzekł z dumą.
Obejrzałem jeszcze jakąś dostojną maciorę, otoczoną licznem potomstwem, obejrzałem duży sad, prowadzony bardzo starannie i pełen owoców.
— Mój zięć się na tem rozumie, był we dworze przy ogrodniku.
Zwróciłem uwagę na stos bali, przykrytych spadzistym dachem.
— Na dom dla mojego najmłodszego, drzewo suche, jak pieprz.
— Czy służy w wojsku?
— Nie, panie, skończył szkołę nałęczowską, a teraz praktykuje we dworze.
Wróciliśmy do domu dopiero na kolację.
W świetlicy było bardzo czysto i porządnie, łóżka miały przykrycia z prześlicznych kilimów, w rogach stały szafy, na ścianach polśniewały za szkłem święte obrazy, a pomiędzy niemi Kościuszko, Leon XIII i Kordecki. Zapalona lampa zwisała od pułapu. Pod oknem na stole leżał komplet „Zorzy“ i kilkanaście broszur rolniczych.