Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dzinę zdołaliśmy się przedostać na jakieś niewielkie wzgórze, dosyć rzadko porośnięte rozłożystemi drzewami, a otoczone nieprzebytem bagnem i wodami.
— Chwała Bogu, jesteśmy już na miejscu! — zawołał ktoś z radością.
Na wzgórzu płonęło kilkadziesiąt bujnych ognisk i wrzało, jak w ulu, a gdzieś w samym środku obozowiska chwiały się zapalone łuczywa i trzaskały siekiery.
— Stawiają ołtarz i co potrzeba — objaśnili mnie.
— A czy księża już są?
— Dopiero nadedniem przyjadą.
Dałem koniowi obroku i poszedłem między ludzi.
Dochodziła już trzecia i do świtu było jeszcze daleko, a że przytem zimno przejmowało mnie coraz dokuczliwiej, więc dosyć długo włóczyłem się między gromadami, porozkładanemi dokoła ognisk, aż, spotkawszy znajomych chłopów, przysiadłem się do nich na gawędę i dopiero się dowiedziałem, że jesteśmy w Kolembrodzkich lasach, które znałem tylko ze słyszenia.
— Sporo ludzi się zebrało! — zauważyłem, gdy rozmowa osłabła i zaczynali drzemać.
— Powinno być przeszło pięć tysięcy. A przytem szli sami wybrani, sami najbardziej potrzebujący księdza i nabożeństwa.
— A nie wytropią nas tutaj?
— Straże pilnują po wsiach najbliższych, po drogach i pod lasem, a reszta w boskiem ręku. Nikt się