Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie pora! Muszę budzić, które jeszcze śpią — rzekł jakimś biblijnym tonem.
— A czy mogę zabrać żonę na misję?
— Za daleka droga dla dziedziczki. A przytem kobiecie łatwiej umrzeć, niźli dochować sekretu.
Zabierał się do odejścia.
— Zostańcie chociaż do świtu. Noc ciemna i roztopy.
— Znam tu każdy rów, a kto z dobrą nowiną śpieszy, nie zbłądzi! Spóźniłem się już, bo czekałem, aż odjadą strażnicy i ksiądz.
— Ale proboszcz będzie na misji?
— To nie nasz, to tylko taki zwyczajny parafjalny propinator!
Zdziwiło mnie to określenie w jego ustach, lecz nim się zdążyłem odezwać, już odszedł. Słyszałem tylko człapanie po błocie i skomlenie psów, które go odprowadzały jakoś bardzo przyjacielsko.
A nazajutrz, w samo południe, przebrawszy się odpowiednio, aby nie zwracać na siebie uwagi, kazałem założyć do bryczki fornalską, mocną szkapę i pojechałem. Przed domem stał wóz, zaprzężony w siwka, i siedziało dwóch chłopów, a skorom dojechał i chciał wyminąć, ruszyli przodem, nie zwracając na mnie najmniejszej uwagi.
Drogi były okropne, wyboiste i podobne do dna bagnistych rzek. Jechaliśmy noga za nogą, omijając wsie i takiemi krętemi wertepami, że po jakimś czasie zupełnie przestałem się orjentować.