Strona:Władysław Sebyła - Koncert egotyczny.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


IV

Znów mi się oto poplątała mowa
i płyną słowa... słowa... słowa...
Czyżbym ja?... Czy to znaczy, że uciekam
w świat, gdzie jest wszystko logiczne i proste,
i łatwe?... Czy to znaczy, że mi świat przecieka
przez palce nieudolne, jak woda pod mostem
w śpiewnym bełkocie, a ja, podobny do pala,
odbijam się, nie wiedząc, że nurt się oddala?

A może w ciszy domu pogrążony słucham,
jak za oknami wzbiera zawierucha
i chmur gradowych warczą czarne zwały...
Czyżby świat, co mi za szybą narasta, —
— jak sen męczący, w którym się zmieszały
dzieciństwo, dawne rany, i odgłosy miasta,
i twarze zmarłych, — był bardziej zawiły,
niż przedzieranie się przez myśl nad siły?

Czyżbym ja?... Kiedy porą burzliwą spozieram
w drzwi nocy, które piorun naoścież otwiera,
widzę zmętniałe nurty wielkiej rzeki,
zamiatane wichurą od brzegu do brzegu