Strona:Władysław Sebyła - Koncert egotyczny.djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jak drzewo
jest prawda: póki mała zliczysz wszystkie liście,
gdy wzrośnie i zaszumi w wietrze uroczyście,
i pochyli w powiewie koronę wyniosłą,
zdumiony, że prawd małych tyle z niej wyrosło,
nie ogarniesz jej okiem, choć zawsze ta sama.
Kiedy uschnie, pniem nagim nie potrafi kłamać.
I próchniejąca świadczy, że był czas, gdy żyła.
Prawda? — to tylko słowo. Czyn — to siła.
Z czynów — słowa, a słowa znów czynów nadzieją?...
Szukanie... szukać...
W rannej mgle koguty pieją
sygnał nowego dnia i nowej ziemi,
a my dławieni niewymówionemi
słowami, w księżyc wpatrzeni idący
na połów ryb, po czarnych stawach śpiących,
czekamy, aż nam ton nocnej muzyki
do prawd mówienia rozwiąże języki.
Lecz szukać prawdy słowem — to tosamo,
co cienie chmur po łące okiem gonić,
i czekać w nocy przed zamkniętą bramą,
że łańcuchami na sam krzyk zadzwoni.
Dochodzić prawdy? Czy nie prostym czynem?
Dotknięciem rzeczy, rzeczy rozłożeniem?
a w słowie potem znaku wyrzeźbieniem,
że się ścigało przedmiotu przyczynę?
I po tem z rzeczą mocowaniu niemem
mówić schylając głowę, że nie wiemy...