Strona:Władysław Sebyła - Koncert egotyczny.djvu/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


7

Co nocy anioł mocuje się ze mną,
bezsilnie opadają zmordowane dłonie,
koro odejdzie — i walką daremną
znużony śledzę gwiazdy padające na nieboskłonie.

Oto już niema tych, co mnie zrodzili:
nie zebrać kości niewidzianej matki,
ojca zachłanną gliną przyrzucili,
jeszcze nie porósł cmentarnianą trawą pagórek gładki.

Groźną wichurą samotność istnienia
dmie skroś rozumu, jak poprzez stodołę
rozwartą mocne wiatry w czas młócenia —
— milcząc wracam do walki z coraz niżej
schylonem czołem.