Strona:Władysław Orkan - Opowieść o płanetniku.djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wacław zbliżył się do ognia.
— Towarzysz na kaczki? — zagadnął leżącego, nie wiedząc, czemu go towarzyszem nazwał.
— Co się zdarzy.
— Pójdziemy razem o świcie.
— Jak wola pańska — odparł brodacz kładąc nacisk wyraźny na ostatnie słowo.
Jan wrócił, niosąc na naręczu snopek gałęzi, w ręku pęk związanych ryb.
Wkrótce ogień buchnął jaśniej podsycony suchemi gałęziami.
Gospodarz, ustawiwszy nad płomieniem kociołek z wodą, począł na odgarnionych węglach piec z powagą przyniesione ryby.
— Siga najbardziej lubi ogień — prawił. — Wędzona lub suszona nie różni się od innych. Te nie duże. Czasem trafi się na łokieć i więcej.
Obracał je umiejętnie, obwąchiwał, czy już mają dość, wreszcie układał je na skrzyżali cienkiej i stawiał przed gośćmi. Sam spożył jedną.
Poczem herbatę rozlewał. Gościom podawał w szklankach, sam zaś pił w okrągłej chińskiej czarce, która prawie w dłoniach się mieściła.
— Do szklanki — mówił — nie mogę się przyzwyczaić. Czarka ma tę zaletę, że choć gorący czaj nie parzy. Chińczyki, oni to wiedzą.
Po skończeniu wieczerzy wycierając szklanki, zwrócił się do siedzących:
— No, panowie. Myśliwskie prawo. Czas spać. Musicie ruszyć, nim dnieć zacznie, chcąc być na miejscach przed świtem.
Brodacz odsunął się od ognia i owinąwszy się w szynel, począł wkrótce chrapać.