Strona:Władysław Orkan - Opowieść o płanetniku.djvu/96

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nic. Jak ślinę przełknąć. Na zbrodniarza on patrzy.
Wkrótce znaleźli się na brzegu.
Stary z pomocą Wacława wyciągnął łódkę na piasek.
Podeszli ku chacie, gdzie przed progiem tlił się złożony ogień.
Brodacz leżał na ziemi koło ognia. Za ich nadejściem podniósł głowę i odmruknął coś na przywitanie.
— Rozgośćcie się — rzeki Jan — a ja pójdę popatrzyć w saki, czy się co nie złapało. Wędzona rybka na lecie nie ma smaku.
Wacław wręczył mu przyniesione skromne zapasy herbaty, cukru, soli.
— Ho! to dziś prawdziwe święto — ucieszył się staruszek i dziękował. Poczem udał się ku wodzie.
Wacław usiadł przed chatą na kawałku drzewa. Miał przed oczyma wody Leny i przeciwległe zbocza, płatami lasu i trawą pokryte, z rzadkiemi ściosami skał wapiennych.
Równinę cień począł zasnuwać. Światła na wodzie krwawe przygasały — fale na szerokich grzbietach poczęły przybierać szklące jak smoki połyski przy czarnych zgurbach cielsk.
Zbocza jeszcze były w promieniach słońca. Trawy i płaty lasu złociły się bogato, a łby wapieni płonęły, jak olbrzymie fioletowe ogniska.
W reszcie i od stóp zboczów począł cień nieznacznie a szybko iść ku górze — niezadługo czubki jeno paliły się jak włosy płomieni — i te zgasły. Zmierzch począł szybko zapadać.