Strona:Władysław Orkan - Opowieść o płanetniku.djvu/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mi blaskami zapalonej, wyglądał jak przewoźnik Charon.
Niezadługo Wacław znalazł się przy nim na łódce. Przywitali się serdecznie.
— Co słychać, ojcze Janie?
— Chwalić Boga. Wszystko po staremu. Rodak zapewne po zwierzynę?
— I to po duży zapas.
— Czas dobry. Może się udać. Wiem ja o jednem miejscu...
— Tam, gdziem byt ostatnim razem?
— Nie, w innej stronie. Zwierz co jakiś czas zmienia drogę. Ma i on swoją rachubę.
— Miesiąc to już, jakeście mię, ojcze, przewozili. Nie zdarzyło się co tymczasem?
— Cóż się tu może zdarzyć? Ot, może być: takie zdarzenie, że rodak stanie nad wodą, i nie będzie go miał kto przewieźć. Stary już nie wyjrzy przed próg.
— Czerstwiście jeszcze, ojcze.
— Duch spróchniały. Zatem i ciało się rozsypie.
Byli już na połowie wód. Chata się przybliżała.
— A któż u was w gościnie?
— Moskal, posieleniec.
— Ach ten... Czegoż on?
— Myśliwskie prawo dla wszystkich. Czas dobry. Przybył zapolować.
— Ja chyba pójdę sam na zasiadkę...
— Lepiej razem: wiedzieć, gdzie on... Tunguzi mówią — zniżył głos — że on niby przypadkiem, trafiało się, i myśliwego ustrzelił. Jemu to