Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— On pracowity — to sie dorobi... — broniła Rózia.
— Ho! dorobi sie ta, jak nimo z cego!... Dyć i jo pracowoł przez telo lot, a coz mom?... To, co i przedtem... Podobo ci sie, ze na tworzy gładki. I gładkości niedługo, moje dziecię. Przyjdzie niescęście, chorość — i już po ni. Zreśtom i Walkowi nic nie brakuje!... Jest se chłop, jak sie patrzy.
— O, nie wybieroj Róziu! — ozwała się matka. — Dobrze, ze mos z cego wybierać. Myślis, ze oni się o ciebie dobijają?... Jakbyś gruntu ni miała, to by sie tu zoden nie obróciół!... To nie downe casy — kie patrzeli jesce na urodę. Dziś ladajaki trzop wyjdzie za chłopa, jak ino mo pole i chałupę. A ładne dziewki siedzą za piecem, ze ni mają piniędzy. Dziś ludzie ino na stówki patrzą.
— Wojtek sie ta zaś na grunt ani na stówki nie oglądo!... — zaprzeczyła córka.
— Bo som nic ni mo!... — odparł ojciec. — Jakby mioł, to by ci sie nie zalecoł!...
— Zaś ta nie godojcie!...
— Ty nie godoj nic, ino słuchoj, jak ci ojcowie kazą! Ty nos nie przemądrzaj, bo my dłuzy na świat patrzeli!... Przecię kazdy ociec z duse by rod jak nolepi lo swego dziecka... Ino słuchoj rodziców, nie swoje wóle, zebyś sie kiedy nie sparzyła! A padom ci naprzód, jak przydzie Walek