Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Gdzie idziemy?...
— Do mnie... na krótkiego!... — zaproponował jeden z „podatkowców“.
— Niech będzie!... — ozwał się pan Michał głosem przerywanym częstą czkawką... — Pół pensji diabli wzięli, niech wezmą i resztę!... — i ruszyli razem przez rzekę błota.
Ludzie znajomi spotykają „pana prefesora“, zdejmują zdaleka kapelusze, kobiety całują go po rękach, a „dziwują się, ze pon prefesor tak nie umieją chodzić po błocie...“
Bo rzeczywiście pan Michał chwiał się, słaniał na wszystkie strony; gdyby nie pomoc towarzyszy, dałby za wygraną i popłynął z falą błota na skrzydłach... alkoholu...
— Głupi ten Władek!... Czy my nie ma-my ide...ałów!... — mówił głośno pan Michał do podtrzymujących go towarzyszów. — Łączmy się!... Łączm... — i czkawka nie pozwoliła mu dokończyć.
Jakiś stary emeryt-tetryk, któremu jeszcze z życia obserwacja pozostała i rękaw pytań nierozwikłanych, obchodząc zdaleka błoto, o ile się dało, dojrzawszy ludzi, którzy idą prostą drogą przeciw wzburzonym falom... błota, — zapytał siebie po raz setny:
— Czy pijaństwo wyradza nędzę, czy nędza pijaństwo?...
I po raz setny nie rozwikłał pytania...