Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


drugi dzień wypadły imieniny mojego gazdy; i wygnali mnie po wódkę ku samemu wieczorowi. A do karczmy było dalekawo, nim-ech zaszedł, to sie już wieczór zrobił. Żyd mi nalał wódki do flaszek i mnie poczęstował. Ja se jeszcze kazał sam kwaterkę, coby mi sie raźniej szło. Wreszcie śpiewam se i idę; uszedłech już pół drogi, a tu coś gwizda. Obejrzę sie — a tam idzie cosi za mną. „No, pójdź-że prędzej, to pójdziemy razem!“ I przystanąłech. Skoro przyszedł bliżej — patrzę — a ten niesie łeb pod pazuchą. „Tyś mi to kazał łeb uciąć?“ — powiada...
— O ratunecku! I cóż-eście wtedy zrobili?
— O moiściewy! Jak-ech też zebrał nogi, to nie wiem, kiedych sie znalazł przed chałupą! i teloch jeszcze zdołał: kijem prasnąć w okno, że gazda w izbie usłyszał. I to całe szczęście było, — bo mnie już przysiadł na ziemi... Gazda przecie z ludźmi wypadł, i obronili.
— No chwałaż Bogu! — odetchnęli ciężko słuchający.
Dziewczęta pociskały kądziele.
— Już nie gadajcie więcej. Nastraszyliście nas, jakże pójdziemy?
Kogut zapiał na północ. Już się wszyscy zabierali.
— A kanyż Kasper?
— Ho! ho! ho! On ta nie poszedł spać...
Prządki, przeczuwając jakiś nowy figiel, stanęły