Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Znowu cosi nowego wystroi...
Ucichły, bo Gawęda rozpoczął już prawić.
— Kiedy tak, to wam opowiem, co sie mnie samemu przytrafiło. Przedtem, nim mnie do wojska wzięli, służyłech na Zalesiu. I tak, jak to wiecie, parobiska... Przyszła niedziela, to my sie zeszli do karczmy, a zabawiwszy sie, wracali późno i nieraz mocno napijani. A tam też chadzał se strzygoń po nocy; jak szło dwóch razem, to nimiał śmiałości, ale jak jeden, a spotkał sie z nim, to już mało żywego puścił. My też, rada w uradę, poszliśmy do gróbarza, zanieśliśmy mu kwartę wódki i prosimy go: jeżeli miarkuje, który to tak chodzi, żeby odkopał i przewrócił go w trumnie, bo my tak skądsi słyszeli, że to pomoże. Gróbarz obiecał, że tak zrobi. Ale i to nic nie pomogło. Bo zaraz w niedzielę jeden z towarzyszów naszych, wracając późno, spotkał sie z nim — i ten go zdusił, zdusił i wepchnął do potoka. Szczęście, że mój gazda poszedł wczas rano do kowala; — idzie — a tu charczy coś w potoku; wyciągnął go i zawlókł ledwie dychającego do chałupy.
Wtedy ja se pomyślał: „Poczkaj-że ty, kiedy tak“... Poleciał ja, wziął jeszcze kwartę wódki i dalej do gróbarza! Powiadam mu: „Abo mu głowę utnijcie, abo co, bo to nic nie pomogło“. Gróbarz se napił raz i drugi i powiada: „To dobrze, to ja mu utnę głowę“. — „No moiściewy, ino pewnie!“ — „No, nie bój sie już, nie“. Na