Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


godzinę jedną, dwie, może i więcej. Aż nareszcie sie i doczkał. Strzygoń zwyczajnie wylazł z grobu, otrząsnął sie, opadła z niego śmiertelna koszula, i taki nagi poleciał. Gróbarz podszedł, wziął koszulę, wylazł na dzwonnicę, siadł se przy dzwonach i patrzał okienkiem. Skoro zapiał pierwszy kogut, strzygoń przyleciał na cmentarz, patrzy — koszuli niema. Wtem spostrzegł na dzwonnicy gróbarza z koszulą — leci i woła: „Oddej mi koszulę!“ A gróbarz na to: „Pódź se po nią“. Ten wołał jeszcze zdołu, potem pieknie prosił, wreszcie, widząc, że nic nie wskóra, zabrał sie po nią. Jak już był blisko dzwonów, Rapta uderzył prawą ręką trzy razy w serce dzwonu — dzwon odjęknąl trzy razj — i strzygoń spadł, i nie ostała z niego ino kupka smoły. —
Teraz się zrobił gwar w izbie. Jedni mówili, że to może nieprawda, a drudzy potwierdzali, że tak musiało być.
Prządki prosiły, żeby już o strachach więcej nie gadali. Wtedy Błażek się wyrwał:
— To ja opowiem o boginkach. Widziałech je na własne oczy, jak prały w potoku.
— Nie! Nie! — zakrzyczeli chłopcy, radzi, że się prządki boją. — Niech jeszcze chrzestny ociec powiedzą o strzygoniach.
— Kanyż sie Kasper podział? — zauważyła któraś, w tej myśli, że przerwie opowiadanie.
— Edyć go nima, doprawdy.