Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— I ja tam śmiałem się z nimi tak szczerze, iż przez myśl nikomu nie przeszło, że to śmiech udany, maska, co kryje posępną głębię duszy. Ona tak się jakoś dziwnie na mnie patrzyła, gdy przypadkiem spotkały się nasze oczy, a często się spotykały... Czyżby mnie zrozumiała?... Warjat! Chciałbym ją gwałtem wciągnąć w smutków i tęsknot świątnicę... Czemu się nie ma bawić?... Dobry sobie jestem. Ona odjedzie ach! już jutro!... Czemu się gniewam na to przypomnienie?... Dlaczego ona ma się mną krępować!... Czy powiedziałem jej kiedy, że ją kocham?... Ale ona powinna o tym wiedzieć!... Powinna! — Głupia myśl; chcieć, by ludzie dalej patrzeli, niż mogą... Ona odejdzie, w wielkomiejskim zgiełku zapomni, że żyje na świecie jakiś... warjat... w zabawach życie przepędzi i... szkoda jej!... Znów głupia myśl. Jaki ze mnie egoista! Chciałbym, żeby dla mnie przejęła to życie pełne goryczy, żeby siły młode tu, w tej kuźni głupstw straciła i nie zaznała zabaw, czarów, rozkosz!... Ja zostanę sam... z myślami o niej... Czy będę mógł przynajmniej pracować?... I to nie... Myślą o niej zabiję każdą energji myśl i wpadnę w błoto rozczarowań, apatji, tęsknoty, która mię pożre przedwcześnie... A gdyby została?... Niemożebność!... Chciałbym to słowo wykreślić ze słownika języków ludzkich... Życie moje!... Najpiękniejszą wiosnę — smutkiem w jesień zamienić!...