Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nie do zabaw hucznych, ale dumań i tęsknoty. Toż nie myślał wcale wracać do gości, których śmiechy, dziki kontrast z tą bezsłowną pieśnią księżyca, raziły go i wprawiały w rozdrażnienie, a to oczyma i gorączkową grą nerwów na zewnątrz się wydobywało. Księżyc bladymi promieniami łagodził to wrażenie. Muzyka głuszyła głośne rozmowy gości, ale muzyka wesoła, skoczna — wcale nie akompanjament do smutnych myśli młodzieńca...
— Bodaj całe życie tak prześnić!... — myślał rozmarzony i źrenice rozszerzył, wpatrując się w cuda natury, jakby je wszystkie czuciem chciał do serca zebrać...
— Tamci się bawią... Tam ja nie czuję się sobą. Jedną taką noc księżyca wyżej cenię niż lata głupiego życia!...

O czarodziejska nocy księżycowa!
Do marzeń duszę porywasz, jak w sieci —
I obłąkana myśl ku tobie leci,
Szczęściem się poi, a cierpienia chowa...

I myślą kończył pieśń podziwu...
Przy wyrazie „cierpienia chowa“ nerwowo twarz mu zadrgała; oczy zwrócił mimowoli ku sali, w której brzmiał ochoczy mazur.
— Ona tam się bawi... — myślał. — Pewnie zwycięskie spojrzenia rozsyła... a ja? ja warjat!... — i gorzko się rozśmiał.