Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Hej! — potwierdził sąsiad. — Pamiętom, kie jesce był chłopokem nieduzym, jak my se to razem posali po lesie. On ta strugał fujorki, jo rzempolił na skrzypcach i wesoło nom było! Hej... Do odbiórki[1] my razem chodzili. He, był to zmyśny chłopok! Co on ze zydami nawydziwioł!... Niech mu ta tego Pon Bóg nie rachuje. Potem wzięni go do wojska... A kie przysed do chałupy, to już ojca nie zastoł, ino goły grunt. On sie, wicie, wzion, ozyniół, długi pospłacoł i tela z tego, ze sie zacął brać do świata, kupił se woły i cosi kajsi, a tu, wicie, trza syćkiego odejść... Bo śmierzć nie żartuje, ino przydzie i: „Pódź Kuba do wójta!“
— Hej, nie zartuje... nie — powtórzył sąsiad.
Stanęli przed progiem chaty, do której zdążali... Obejrzeli się jeszcze poza siebie, jak zwyczaj każe i weszli do wnętrza. W piekarni na długiej desce, przykryty białą płachtą, leżał trup...
Ludzi było sporo w izbie, starszych i młodszych. Naschodzili się „na pociesenie kumosce“, kiedy ją taki smutek dotknął.

Ona, z załamanemi rękami siedziała pod piecem, popłakując od czasu do czasu. Dzieci koło niej sie usadowiły i patrzyły ciekawie, to na ludzi, to na leżącego tatusia, nie rozumiejąc jeszcze nieszczęścia, jakie na nich spadło...

  1. Odbiórka = pobór do wojska.