Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


rzy idą we świat „lo chleba“ — a i we świecie ludzi nie brakuje...
Ciemna przyszłości! — jaką karmę gotujesz dla ludzi bez zagonów, których coraz więcej?... Ot, i z przyszłości towarzyszka Bieda ręce do „swoich“ wyciąga i z okropnym uśmiechem przedstawia im swego syna...

To godny matki płód! — a imię jego: Głód...

..............
..............

Kiedy się już starzy nagadali do woli, pierwszy Bartłomiej podniósł się ze stołka.
— Uciekocie juz, kumotrze? — spytał gospodarz.
— E, trza iść dali... A mozebymy zaźreli do nieboscyka? Zbierzcie sie, kumie!
— E, dyć... choć po śmierzci trza go zobacyć, bo go już nie uźrymy.
Wdział kożuch na biodra i wyszli razem, prując śnieg kolanami, ku chałupie, gdzie spoczywał umarły... Po drodze przypominali sobie pożycie sąsiedzkie z nieboszczykiem.
— Był to zgodliwy cłek. Niech mu ta Bóg grzechy odpuści!... Z nikim nie zadar, nie zacął, a doradziół kazdemu, jak ino zdoloł... U niego dostoł syćkiego: cy to jarzma, cy to kołu, cy jakiego insego sprzętu.