Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


krzywił się i podnosił głowę, a twarz, w spokoju regularna, przyjmowała teraz wyraz szpetny. Uśmiech zaciekłości i pogardy igrał mu na ustach.
— Hm, goje głupie... — mruczał do siebie — plebana słuchają i organisty... Jakóbową porwał „zły“?... Niech bedzie zły. On i tak niedobry, bo mi nie zapłacił tela, ile obiecał... A ona będzie panią — do czasu... Co mi to szkodzi?... — i liczył dalej pieniądze.
— Jehowa podał w ręce Izraela lud ten pogański i głupi, a kapłani jego pomagają Izraelowi ogłupiać go... Jesteś mądry — o Adonaj!...
Schował pieniądze do szufladki — i wyszedł do szynkowni bawić gości i słuchać opowiadania o „złym“...