Strona:Władysław Orkan - Nad urwiskiem.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Kopańdy, i Błażek od Kusia — nikogo z bliższych nie brakowało.
Wikcia pozierała ku drzwiom, czy jeszcze ktoś nie przyjdzie... Ale tego ktosia jakosi nie widać...
— Musi przyjść — szeptała sobie. — Leciał za mną od kościoła jak opętany. Wczoraj się ludzie ze mnie śmiali, a dziś zaś z niego, bo ja była na przodku... aha! Tak się łudzi za nos wodzi, jak sami nie idą...
Urwała myśli, pełne wewnętrznej otuchy, bo już stary Szczepan, którego co dopiero powiązali, wytrząsł z rękawa flaszkę wina, postawił na stole i począł zapraszać po kolei...
— Dyć jutro dopiero Jana-pijaka, a wy dziś chcecie pić? — oganiał się Jantek.
— E, pójdźcież, nic onaczcie się — ciągnął go Szczepan. — My se ta poradzimy. Przekręcimy świętego Jana na Szczepana i bedzie. Oni się ta o to nie pokłócą.
Zebrani huknęli śmiechem. Wnet «kolejka» przeszła i drugi raz nawróciła kołem.
— Jantoni! — woła Szczepan — ruszcie się no od pieca! — Pijcie, pijcie, mnie plecyska bolą. Tak mnie w kościele wywałkowali...
— Ja przecie starszy, a nic mi chwała Bogu — ozwał się Tomek.
— Boście musieli chyba na polu stać...