Strona:Władysław Orkan - Nad urwiskiem.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cząporanną... I zda się, że gwiazdki strzepały na ziemię z rozpostartych skrydełek, bo jedne spadły już, błyszczą po śniegu diamentowym ogniem, a drugie lecą powietrzem ze mgłą, leciuchno, mieniąc się od słońca tysiącami odblasków...
Tam od kościoła przedziera się powietrzem zgrzytliwy głos organu i zmieszane głosy ostrym wylatują echem — a tu w świątyni przyrody spokój i cisza bezmierna...

∗                         ∗

Ledwo w Jantkowej chałupie podnieśli się ludzie od obiadu, już stary Szczepan «z Boską pochwałą» wszedł do izdebki.
— Na szczęście, na zdrowie, na to Boże Narodzenie, coby się darzyło w kumorze, w oborze i na polu.. dej Boże! — wygłosił jednym tchem, ciskając zboże na dyle, jak siewca na uwrocie...
— Dej Boże! — odpowiedzieli wesoło. Szczepan począł się witać po kolei i gadać głośno. Gwary u niego zawdy dostanie. Postawili przed nim miskę i musiał jeść, rad nie rad, bo go raczyli, każde na swoją rękę.
Jeszcze nie dojadł dobrze, a już cała izba napełniła się ludźmi. Naszli się, jak zwyczajnie sąsiedzi... Był i Tomek od Kozery, i Sobek od