Strona:Władysław Orkan - Nad urwiskiem.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mienie ruszy i... cieszcie się janieli! Bo już po wszyćkich lamentacyjach...»
— Matusia dobrze radzili — myślała se dalej. — Oni przecie nie tacy źli, jak się wydają... Chciałam ci go złością przyciągnąć i nijak nie szło... Nie szło, nie, bom se chciała z honorem chodzić. Matusia dobrze pedzieli, że się honorowi wnetki ucho urwie i po wszyćkiemu... O, nie po wszyćkiemu! Dopiero się dziś zacznie!... — zawołała z siłą — spróbujemy się, kto mocniejszy: ty, czy moje oczki!... Spróbujemy... O Najświętsza Panienko, dejże też...
I powoli myśli jej przeszły w cichutką prośbę... o Jędrka.
Zleciała chyżo na dział i ku kościołu. Wpadła pod dzwonnicę, pragnąc się dostać gwałtem przed boczny ontarz...
W kościele ciżba była wielka. Mały, drewniany kościółek trząsł się w posadach od napływu parutysięcznego tłumu, który kołysał się jak fala, parł na ściany — i dusił w świątyni Pańskiej... Kościółek huczał silnym basem organów i jeszcze silniejszym chórem parutysiąca gardzieli, a w przerwie między zwrotkami kolęd wylatywały z tłumu bolesne wrzaski, urywane przekleństwa i wyzwiska dosadne...
— Dyć się nie pchaj! Czyś w chlewie? — krzyczy jakaś kobieta spod chóru.
— A ty mnie nie śturkaj!