Strona:Władysław Orkan - Nad urwiskiem.djvu/41

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wić nie mogły... Przekonana była, że go nienawidzi. I w tej nienawiści musiała ciągle o nim myśleć... Co za los!
Doszła powoli do chałupy. Nie czekali na nią z obiadem, bo już zaczęli z drugiej miski, kiedy weszła do izdebki[1]. Matka zaraz poczęła na nią swarzyć, czemu nie przyszła od razu po sumie...
— Dyć po sumie idę...
— Aha, po sumie... Kto wie, jakiej!
— Dyć-em z tatusiem wyszła z kościoła...
— Tatuś już w chałupie od dawna... A tyś którędy szła, że cię nie widać?
— Prostą drogą.
— No, no... ino zawdy taką prostą drogą chodź, to wychodzisz!...
— Co mam wychodzić?
— Nie wiesz, co?! — zerwała się w gniewie matka. — Tyś zawdy szła prościusieńko, ino nie tam, ka ludzie chodzą!... Potrzebno ci było z Jędrkiem ostawać u kościoła? Cóżeś wygrała? To, że cię zabałamucił, niby to począł się żenić i zwlókł do jadwentu. Zapowiedzi wyszły, ludzie czekają... a tu nic!
— Przecie ja temu nie winna.

— Ino kto?!

  1. Izdebka — świetlica (jasna izba) w przeciwieństwie do dymnej — piekarni.